Herbaciana rzeka i inne przygody

Mówi się, że dobrą gospodynię domową poznaje się po stanie paprotek w jej domu. A co powiecie na to?

A to drzewo nazywa się Black Boy. Ciekawe dlaczego? ;-)



Pobyt na campingu w Oz to sama przyjemność. Kiedy wyjeżdżałem, znawcy Oz mówili mi, że to najlepszy sposób spędzania wolnego czasu. Wprawdzie w nocy miałem wrażenie, że odlecę z wiatrem do oceanu, a rano własnymi rękami uduszę papugę, która stojąc koło namiotu darła mi się w samo ucho, ale poza tym żadnych minusów. To co najbardziej mnie zachwyciło, to społeczne myślenie w stylu „patrz kto jest za Tobą”. Jeśli korzystam z barbecue, to staram się je zostawić uprzątnięte. Jeśli korzystam z toalety i prysznica, to pamiętam o tym, żeby zostawić je czyste, bo ktoś będzie korzystał z nich zaraz za mną. Śmieci wyrzucam do kosza, bo nie chciałbym rozbijać namiotu na wsypisku. Nie słucham głośno muzyki, nie upijam się i nie drę mordy do rana, bo nie chciałbym, żeby inni robili tak, kiedy ja przyjechałem wypocząć. Poza tym mnogość wszelkiego rodzaju aut z wielopoziomowymi namiotami, miejscami do spania, rozwiązania techniczne, które pomagają w rozbiciu obozowiska, sprawiają, że ma się wrażenie, że Aussies nie robią nic innego, tylko jeżdżą na camping.


A z campingu 100 metrów nad ocean, a po drodze Tea River, cudna rzeka koloru herbaty, która swoją barwę zawdzięcza drzewom herbacianym.

A to stali towarzysze śniadań na campingu. Przedstawiam:

Mr Albatros

Miss Mewa

I poczochrana Rosella