Czas na Tasmanię!


To był jakiś rekord świata. Wczesne wstawanie raczej nie sprawia mi problemu, ale piąta rano, to dla mnie ogromne wyzwanie. Jestem w stanie zrezygnować ze wszystkiego w imię jeszcze jednej godziny snu. Nie tym razem. Nie ma mowy. Przede mną kolejna przygoda i to przygoda na wyczekiwaną i oczekiwaną Tasmnię.
Więc (wiem, że nie zaczyna się zdania od „więc”) w ostatniej chwili wstałem, w ostatniej chwili wsiedliśmy do samochodu, w ostatniej chwili dotarliśmy na lotnisko i w ostatniej chwili zapakowaliśmy się do samolotu. I już po chwili żegnaliśmy Melb i lecąc nad niezwykle spokojnym morzem, w którym odbijały się cienie chmur

mknęliśmy do Tasmanii, żeby po kilkudziesięciu minutach zobaczyć jej charakterystyczny zakrzywiony brzeg od strony północnej.

Powiem Wam szczerze, że Tasmanii mi trochę szkoda, kiedy myślę o niej w kontekście całej Australii. Bo jak tylko spojrzycie sobie na jakieś naklejki, blaszki, przypinki odwzorowujące kształt Australii, to zobaczycie, że co jak co, ale Tasmania jest tam pomijana. Nikt nie pamięta o tej małej wysepce, która dla mnie była zawsze marzeniem. Kiedy rozmawiałem na jakichś imprezach z Aussies i pełen dumy mówiłem im, że jadę na Tasmanię, odpowiadali zdziwieni: „Ale że tak powiem, po co tam jedziesz? Przecież tam ludzie mają dwie głowy! He, he, he…” albo „Byłem tam raz – mają tam genialne browary – więcej grzechów z Tasmanii nie pamiętam”.
A ja miałem przeczucie. Nie wiem skąd, nie wiem jak, bo starym zwyczajem nie czytam żadnych informatorów i przewodników turystycznych, że będzie naprawdę super. Poza tym widziałem plan wycieczki przygotowany przez jak zwykle niezawodną Agi i czułem, że to będzie to. A ludzie z dwoma głowami i browary? Dlaczego nie!